niedziela, 17 marca 2013

I

- Nie, nie, nie! Ile razy mam księciu powtarzać?! Wewnętrzna na popręgu, zewnętrzna za
i wypychasz go wewnętrznym biodrem, palcat tylko w ostateczności! Czy to takie trudne?! - nauczyciel zdecydowanie nie był zadowolony. Stał, opierając się o drewniany płotek, ogradzający ujeżdżalnię, i przyglądał się swojemu uczniowi, który próbował zachęcić dosiadaną doń gniadosrokatą klacz do biegu. Miał już piętnaście lat, a jeszcze nie potrafił, jak przystało
na dziedzica tronu, jeździć konno. Tak przynajmniej wszystkich wokół się wydawało.
Jego ojciec raczej tego nie pochwalał. On w tym wieku walczył na wojnie u boku swojego ojca. Jego pierworodny syn to prawdziwa niedołęga.
- Skróć wodze... Jedź, jedź... Jeszcze raz, dalej... Iiiii?... Brawo! Udało ci się, książę!... Heej,
a ty dokąd? Wracaj tu! ... Książę, wracaj tu natychmiast! - nauczyciel mógł krzyczeć, ile tylko chciał, ale jego uczeń już go nie słysz... słuchał. Przeskoczył przez ogrodzenie i ostrym galopem ruszył w stronę pobliskiego lasu.
Z każdą sekundą drzewa były coraz bliżej tej pary. Ziemia drżała od silnych i częstych uderzeń kopyt konia. Gnali tak, a wiatr mierzwił grzywę i ogon klaczy oraz włosy księcia. Książę słyszał tylko świst wiatru i szybki oddech jego konia. Po kilkunastu sekundach pędzili już po szerokiej szosie w lesie. Kwadrans później książę zwolnił bieg do kłusa, a następnie do stępa. Pogłaskał gęstą grzywę ulubionego konia i ciekawie rozglądał się na wszystkie strony. Otaczał ich gęsty las, w koronach wysokich dębów śpiewały ptaki, ale poza nimi nie było tu żywej duszy. Przez liście drzew tu i ówdzie przebijały się liczne słoneczne promyki, wiatr szumiał wśród gałęzi. Wiosna kwitnie.
Chwilę kluczyli między drzewami. Wreszcie stanęli, a książę zsiadł z  konia. Przywiązał wodze klaczy do gałęzi, rozsiodłał ją i pozwolił jej się wypasać. Sam zdjął toczek, rękawiczki i frak. Położywszy je w cieniu pod drzewem, usiadł na miękkim mchu, oparł plecy i głowę o szorstki pień i zamknął oczy. Pojedyncze kosmyki włosów o kolorze świeżej słomy przyklejały się do jego mokrego czoła. Bladoróżowe usta układały się w lekki uśmiech, który spowodował pojawienie się małych dołeczków w jego zaróżowionych po szybkim biegu w upalny dzień policzkach. Brązowe oczy, okalane gęstymi rzęsami, nadal były przysłonięte powiekami.
Był wysokim i szczupłym nastolatkiem. Z jego oczy zawsze biła pewność siebie, ale i duży optymizm. Był uprzejmy i wesoły, choć bardzo uparty. Był takim dużym dzieckiem, zawsze szczerze wyrażał swoje zdanie i emocje. Nie lubił, a przede wszystkim nie chciał kłamać. Często bywał zamyślany i roztargniony. Na dworze niejedna dziewczyna robiła na jego widok maślane oczy i wzdychała do niego. On natomiast, nie chcąc ich zranić, odpowiadał im tylko jednym, nikłym uśmiechem, który często przyprawiał o zawrót głowy. Ale taki już był. Cóż poradzić.
Po chwili książę zasnął. Nie dane było mu jednak długo wypoczywać. Niedaleko siebie usłyszał świst strzały, a potem pusty odgłos wbijania metalu w drewno. Natychmiast zerwał się na równe nogi. Nie czekając już na nic zabrał leżące obok drzewa rzeczy i poszedł do swojej klaczy. Ta na jego widok cichutko parsknęła. Książę szybko osiodłał konia, nałożył toczek i rękawiczki, a frak przypiął do siodła. Odwiązał klacz, wskoczył na grzbiet Fancy [czyt. Fensi; ang.wyobraźnia]
i ruszył stępem.
Muszą odjechać jak najdalej z tego przeklętego królestwa. Tam, gdzie nikt ich nie znajdzie.

*     *     *
Witam Was, Słoneczka. ♥
1) Przepraszam za długą nieobecność. Postaram się to jakoś wynagrodzić. ;))
2) Dziękuję za miłe słowa pod prologiem. Mam nadzieję, że nie będziecie musieli/musiały
ich cofać.
3) Zapraszam do czytania. ;))
Pozdrawiam Was cieplutko.
Do następnego rozdziału. ♥ ;))

~ green daisy

poniedziałek, 14 stycznia 2013

Prolog

Księżniczka leżała na swoim ogromnym, miękkim łożu z baldachimem, utopiona w natłoku poduszek, pościeli i kołder, i spała. Wschodzące dopiero słońce wskazywało na wczesną porę dnia. Jedynie nieliczne promyki były wstanie dotrzeć do niewielkiego okienka wieży, w której księżniczka miała swoją sypialnię. Podczas snu Leokadia wyglądała tak dziewczęco i niewinnie. Nie taką jednak była w rzeczywistości. Gdy tylko się budziła, księżniczka z idealnej kandydatki na żonę i królową zmieniała się w upartą buntowniczkę. Od zawsze była inna. Marzyła o wszystkim, co było potępiane, cechowała się tym, co uznawano za "niewskazane". Swoim frasobliwym zachowaniem wzbudzała smutek i troskę rodziców, którzy obwiniali się złe wychowanie jedynej córki*. Imię zaś pasowało do niej jak ulał. 
Leokadia poruszyła się lekko pod kołdrą i chwilę później otworzyła zaspane oczy. Usiadła na łożu, przeciągając się i ziewając szeroko. Podniosła się powoli, a podłoga pod jej stopami cicho zaskrzypiała. Natychmiast usłyszała cichutki dzwoneczek i ciepły głos niani dochodzący zza ściany:
- Panienka już wstała? Czy mogę wejść?
Nie czekając na odpowiedź niania otworzyła drzwi do przestronnej, bogato zdobionej sypialni księżniczki, a za nią jak cienie podążyły dwie służące. Gdy tylko ujrzały Leokadię, natychmiast do niej podbiegły i zajęły się jej długimi, czarnymi włosami, które po nocy były mocno poplątane.
- Już miałam panienkę budzić. Dziś ma panienka długi dzień. Najpierw przymiarka sukni balowej, później zaś spacer z paniczem Aleksandrem i rodzicami, następnie obiad w tymże towarzystwie, uroczystość zaślubin, kolacja z tańcami... - niania wyliczała, przejęta swoją rolą, a księżniczka słuchała jej jednym uchem, bardziej skupiona na własnych myśl... Chwileczkę! "Uroczystość zaślubin"?!
- Jaka uroczystość zaślubin? Czyja? - przerwała niani w pół słowa. Ta spojrzała na nią zdziwiona, ale natychmiast się opanowała.
- Panienki zaślubin, rzecz jasna. Z paniczem Aleksandrem.
Oczy Leokadii powiększyły się do rozmiaru sporych spodków. Jej... zaślubiny?! A kimże jest owy "panicz Aleksander"?!
Niania znowu trajkotała niczym nakręcona pozytywka, toteż księżniczka nie zdołała dowiedzieć się od niej niczego więcej. Sama nie miała okazji o tym pomyśleć, gdyż młode służące popchnęły ją do wyjścia i zaciągnęły nieświadomą i zdezorientowaną Leokadię do kuchni. Tam wsadziły drobną dziewczynę do bali z gorącą wodą i wyszorowały jej skórę z wszelkich zabrudzeń. Następnie wytarły jej smukłe kończyny i tułów ogrzewanymi na słońcu szmatkami i ubrały w piękną, długą, granatowo-srebrną suknię. Czarne włosy zaplotły w wymyślny warkocz, a blade policzki i czoło przypudrowały ogromną ilością beżowego puchu. Tak wykreowana księżniczka zjawiła się w sali jadalnej, gdzie przy długim stole zasiadali już jej rodzice i trzej bracia, a obok nich uwijali się służący. Na ciche skrzypnięcie drzwi wszyscy obecni w pomieszczeniu zamilkli i odwrócili głowy w jej stronę. Służba ukłoniła się z szacunkiem i nie podniosła wzroku, dopóki księżniczka nie skinęła delikatnie głową na znak powitania. Leokadia zasiadła na swoim stałym miejscu przy stole, a przed nią natychmiast pojawiły się liczne półmisy z różnego rodzaju potrawami, poczynając od rozmaitego mięsiwa, poprzez mnogie owoce i tworzące kolorowy wachlarz warzywa, kończąc na różnorodnych konfiturach, nektarach i domowych wypiekach. Na sam widok tak wielu wyśmienitych potraw Leokadii pociekła ślinka. Natychmiast zabrała się do jedzenia, a pozostali członkowie królewskiej rodziny patrzyli na nią z politowaniem. Niby już dojrzała kobieta, a nadal zachowuje się jak dziecko. Ale cóż poradzić, nigdy nie była typowym dziewczęciem.
- Leokadio, musimy Cię o czymś poinformować - po niedługiej chwili odezwał się pan domu, kierując swoje słowa do córki, zajętej w tamtej chwili obgryzaniem nóżki kurczaka pieczonego nad ogniem. Tak niezdrowo się odżywia, a nadal zachowuje idealną figurę!
- Słucham, ojcze - odezwała się zainteresowana, na chwilę przerywając poprzednią czynność i rzucając ojcu krótkie spojrzenie.
- Dziś wieczór na naszym dworze odbędzie się uroczystość zaślubin. Twoich i panicza Aleksandra, syna hrabi Edmunda. - król wysłał córce srogie spojrzenia spod przymkniętych oczu i kontynuował - Jaka jest twoja opinia na ten temat?
Leokadia spojrzała po braciach - każdy z nich patrzył na nią wyzywająco, z wyraźnym zniecierpliwieniem. Rodzice zaś patrzyli na nią ze spokojem i łagodnym uśmiechem. "Maska codzienności."
- Przykro mi to mówić, ale nie zgodzę się na to - mówiła księżniczka pewnym głosem - Nie wyjdę za  panicza Aleksego. Sama wybiorę sobie męża.
Chłopcy równocześnie wybuchnęli śmiechem. Leokadia w niemym pytaniu uniosła brew i spojrzała na nich, zdezorientowana.
- Już nie masz na to wpływu! Twoje zdanie nic nie zmieni! - bracia zanosili się donośnym śmiechem, a rodzice patrzyli na nią spojrzeniem niewyrażającym emocji. 
- Kolacja rozpocznie się o godzinie osiemnastej, przed zachodem słońca. Ubierz się odświętnie.  - zakończył rozmowę król i zaklaskał w dłonie. Przy stole w jednym momencie pojawili się służący, którzy poczęli zbierać ze stoły w różnym stopniu opróżnione naczynia. Wszyscy domownicy, za wyjątkiem Leokadii, podnieśli się od stołu i wyszli z pokoju jadalnego, zostawiając dziewczynę samą z własnymi myślami. Ona już postanowiła. 
"Nie będę za mnie decydować. Nie zezwolę na to."



_________________________________
* Leokadia nie była jedynaczką, miała dwoje starszych i jednego młodszego brata, ale nigdy nie miała siostry, czego żałowała.

Jakie pierwsze wrażenie? Blog zupełnie inny od tych, które dotychczas pisałam, dlatego nie mam żadnego doświadczenia. Co sądzicie? Liczę na szczere opinie. ;)
Na samym wstępie mam jedno pytanie - czy kolejne rozdziały również pisać jako narrator trzecioosobowy, czy jako pierwsza osoba? Bo jakoś nie jestem przekonana... 
Do zobaczenia w pierwszym rozdziale. ;)
Pozdrawiam. xx ;**