- Nie, nie, nie! Ile razy mam księciu powtarzać?! Wewnętrzna na popręgu, zewnętrzna za
i wypychasz go wewnętrznym biodrem, palcat tylko w ostateczności! Czy to takie trudne?! - nauczyciel zdecydowanie nie był zadowolony. Stał, opierając się o drewniany płotek, ogradzający ujeżdżalnię, i przyglądał się swojemu uczniowi, który próbował zachęcić dosiadaną doń gniadosrokatą klacz do biegu. Miał już piętnaście lat, a jeszcze nie potrafił, jak przystało
na dziedzica tronu, jeździć konno. Tak przynajmniej wszystkich wokół się wydawało.
Jego ojciec raczej tego nie pochwalał. On w tym wieku walczył na wojnie u boku swojego ojca. Jego pierworodny syn to prawdziwa niedołęga.
- Skróć wodze... Jedź, jedź... Jeszcze raz, dalej... Iiiii?... Brawo! Udało ci się, książę!... Heej,
a ty dokąd? Wracaj tu! ... Książę, wracaj tu natychmiast! - nauczyciel mógł krzyczeć, ile tylko chciał, ale jego uczeń już go nie słysz... słuchał. Przeskoczył przez ogrodzenie i ostrym galopem ruszył w stronę pobliskiego lasu.
Z każdą sekundą drzewa były coraz bliżej tej pary. Ziemia drżała od silnych i częstych uderzeń kopyt konia. Gnali tak, a wiatr mierzwił grzywę i ogon klaczy oraz włosy księcia. Książę słyszał tylko świst wiatru i szybki oddech jego konia. Po kilkunastu sekundach pędzili już po szerokiej szosie w lesie. Kwadrans później książę zwolnił bieg do kłusa, a następnie do stępa. Pogłaskał gęstą grzywę ulubionego konia i ciekawie rozglądał się na wszystkie strony. Otaczał ich gęsty las, w koronach wysokich dębów śpiewały ptaki, ale poza nimi nie było tu żywej duszy. Przez liście drzew tu i ówdzie przebijały się liczne słoneczne promyki, wiatr szumiał wśród gałęzi. Wiosna kwitnie.
Chwilę kluczyli między drzewami. Wreszcie stanęli, a książę zsiadł z konia. Przywiązał wodze klaczy do gałęzi, rozsiodłał ją i pozwolił jej się wypasać. Sam zdjął toczek, rękawiczki i frak. Położywszy je w cieniu pod drzewem, usiadł na miękkim mchu, oparł plecy i głowę o szorstki pień i zamknął oczy. Pojedyncze kosmyki włosów o kolorze świeżej słomy przyklejały się do jego mokrego czoła. Bladoróżowe usta układały się w lekki uśmiech, który spowodował pojawienie się małych dołeczków w jego zaróżowionych po szybkim biegu w upalny dzień policzkach. Brązowe oczy, okalane gęstymi rzęsami, nadal były przysłonięte powiekami.
Był wysokim i szczupłym nastolatkiem. Z jego oczy zawsze biła pewność siebie, ale i duży optymizm. Był uprzejmy i wesoły, choć bardzo uparty. Był takim dużym dzieckiem, zawsze szczerze wyrażał swoje zdanie i emocje. Nie lubił, a przede wszystkim nie chciał kłamać. Często bywał zamyślany i roztargniony. Na dworze niejedna dziewczyna robiła na jego widok maślane oczy i wzdychała do niego. On natomiast, nie chcąc ich zranić, odpowiadał im tylko jednym, nikłym uśmiechem, który często przyprawiał o zawrót głowy. Ale taki już był. Cóż poradzić.
Po chwili książę zasnął. Nie dane było mu jednak długo wypoczywać. Niedaleko siebie usłyszał świst strzały, a potem pusty odgłos wbijania metalu w drewno. Natychmiast zerwał się na równe nogi. Nie czekając już na nic zabrał leżące obok drzewa rzeczy i poszedł do swojej klaczy. Ta na jego widok cichutko parsknęła. Książę szybko osiodłał konia, nałożył toczek i rękawiczki, a frak przypiął do siodła. Odwiązał klacz, wskoczył na grzbiet Fancy [czyt. Fensi; ang.wyobraźnia]
i ruszył stępem.
Muszą odjechać jak najdalej z tego przeklętego królestwa. Tam, gdzie nikt ich nie znajdzie.
* * *
Witam Was, Słoneczka. ♥
1) Przepraszam za długą nieobecność. Postaram się to jakoś wynagrodzić. ;))
2) Dziękuję za miłe słowa pod prologiem. Mam nadzieję, że nie będziecie musieli/musiały
ich cofać.
3) Zapraszam do czytania. ;))
Pozdrawiam Was cieplutko.
Do następnego rozdziału. ♥ ;))
~ green daisy